Smart City vs Smart Citizen — czyli co tam na okolicznym froncie

Nieco hurtem pozwolę sobie wspomnieć o tym, co słychać — a warto wspomnieć o przynajmniej dwóch konferencjach oraz dwóch grupach roboczych.

Art+bits

Na Art+bits jestem co roku i muszę przyznać, że tegoroczny festiwal był wyjątkowo mocny! Organizatorzy postawili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko – i chapeau bas za to. W Art+bits bardzo cenię refleksyjne podejście do technologicznego hura-optymizmu, zorientowanie w kierunku dizajnu krytycznego, i nie mam na myśli jedynie panelu na temat dizajnu spekulatywnego, ale całościową wymowę konferencji. Oczywiście praktycznego podejścia również nie zabrakło, niemniej towarzyszyło mu bardziej odpowiedzialne niż tylko czysto praktyczno-beztroskie spojrzenie na to, w jakim kierunku zmierza projektowanie naszej codziennej rzeczywistości. Takie podejście wydaje się niezwykle cenne – choćby dlatego, że prowadzi do mniej oczywistych i bardziej przemyślanych – żeby nie powiedzieć lepszych – rozwiązań. Z tego też względu Art+bits kupiło mnie bez dwóch zdań i niecierpliwie czekam na kolejną edycję.

W streszczenia nie będę się zapędzał, bo wszystko co miało zostać już jest napisane i to w dodatku w wyśmienitej formie. Poniżej zamieściłem zestaw linków do artykułów i recenzji konferencji — zachęcam przynajmniej rzucić okiem na każdy z nich.

Zobacz relacje z Art+bits:

World Usability Day Kraków

Na WUD w Krakowie oprócz konferencji brałem również udział w dwóch warsztatach lub raczej – jak to nazywam – sprintach projektowych:

Podczas pierwszego projektowaliśmy aplikację pomagającą poruszać się między terminalami na lotnisku. Jako ciekawostkę wspomnę, że projekty praktycznie wszystkich grup powstały w oparciu o beacony — niby nic w tym dziwnego, a wręcz jest to w pewnym sensie oczywiste… czy może nawet modne… no właśnie — jak dla mnie zabrakło nieco krytycznego podejścia do tej technologii, a za najfajniejsze zaprezentowane rozwiązania uważam te, które wykorzystywały już istniejącą infrastrukturę, nie wymagając wyposażenia wszystkich lotnisk na świecie, w sieć niekompatybilnych z większością telefonów beaconów – choć prawdopodobnie jest to przyszłościowe rozwiązanie.

W ramach drugiego warsztatu, wraz z przedstawicielką Muzeum Narodowego w Krakowie, mając za cel promocję MN zaprojektowaliśmy „demokratyczne” miejsce spotkań i coworkingu, w niezagospodarowanej przestrzeni krakowskiego gmachu głównego — wdrożenie tego rozwiązania, to byłoby naprawdę coś!

Ze względu na warsztaty nie byłem na pierwszych prezentacjach, ale z późniejszych warto wspomnieć o Warsztacie Innowacji Społecznej, który poruszył ciekawą kwestię wpływu produktu na relacje społeczne; Grzegorza Gądka, który opowiadał o otwartości i różnorodności funkcjonalnej, w kontekście rewitalizacji przestrzeni miejskiej oraz Macieja Bartosiewicza mówiącego o poprawianiu użyteczności w aplikacjach państwowych.

Zobacz relacje z WUD Kraków:

Koduj dla Polski Kraków — grupa robocza

Jakiś czas temu brałem udział w Open Culture Hack, w ramach którego zaprojektowaliśmy Kulturnik. Bezpośrednio po tym wydarzeniu pojawił pomysł regularnego spotykania się w Wytwórni, w celu dalszej pracy nad projektami. Nieoczekiwanie, spotkania przekształciły się w grupę roboczą Koduj dla Polski Kraków, a na nich pojawiły się baaaaaaardzo ciekawe dyskusje na dosyć trudne tematy m.in.:

  • Regionalne open data w Małopolsce / Krakowie – kto ma otwierać? jak otwierać? co otwierać? dlaczego otwierać? Dyskusja bardzo praktyczna, zorientowana na konkretne krakowskie problemy i wydaje się, że posiadająca duży potencjał sprawczy – myślę, że coś z tego będzie.
  • Dlaczego formuła hackathonów nie jest skuteczna – tj. dlaczego w ramach tego typu wydarzeń nie powstają działające aplikacje lub rozwiązania, a nawet jeśli już coś działa, nie jest rozwijane, czy nawet utrzymywane.

Spotkania są moderowane przez Dawida Sobolaka z Warsztatu Innowacji Społecznych i na przekór nazwie nie skupiają samych programistów, a bardzo nobliwy, interdyscyplinarny zespół – toteż zapraszam wszystkich chętnych, zainteresowanych wszelką formą innowacji miejskiej – nie tylko tą cyfrową. Na moje oko, zespół ten aspiruje do bicia krakowskim Medialabem, ale ciii… ;)

Medialab Katowice — grupa powietrze

Po warsztatach Air pollution: data-journalism to the rescue z katowickim Medialabie myślimy o powołaniu grupy roboczej, która skupiała by osoby zajmujące się, lub po prostu zainteresowane problemami związanymi z zanieczyszczeniem powietrza. Skądinąd wiadomo, że jest trochę takich osób, natomiast w ramach Medialabu chodzi stworzenie platformy do komunikacji między projektami oraz do wspólnych działań, takich jak wspólne występowanie o konsultacje np. z WIOŚ lub po prostu wspólna praca. Pierwsze spotkanie właśnie zostało przeniesione na styczeń — również zapraszam (chyba najlepiej kontaktować się bezpośrednio ze mną), będzie organizacyjnie i na pewno ciekawie.

Z pomniejszych ciekawostek może warto wspomnieć, że udało mi się wpaść na spotkanie grupy DataKRK i nawiązać kilka fajnych kontaktów, ale o tym może już następnym razem.

Make shit happen!

Nie jestem fanem wielkich życiowych guru, którzy mają odpowiedź na wszelkie bolączki w postaci górnolotnych prawd, ani tym bardziej wodzów sprzedających receptę na powszechny dobrobyt, w postaci jakiegoś banału. Czasami jest jednak tak, że wdrożenie pewnych decyzji wymaga solidnego kopa w dupę i jeśli, w takiej sytuacji nie ma nikogo pod ręką, kto powie — nie zastanawiaj się, tylko do cholery do zrób to — wtedy warto rozglądnąć się za taką motywującą głową w internecie. Poniżej cztery pogaduchy do których od czasu do czasu, w razie potrzeby lubię wrócić. Jeśli przydadzą się wam to super, jeśli nie to w zasadzie jeszcze lepiej — warto sprawdzić.

James Victore

Równy gość, projektant i prowadzący skądinąd dobrze znane i lubiane Burning Questionsbio.

It gonna be hard but what’s worst is doing what’s easy. So stop waiting to be enough, stop waiting for a perfect situation—not gonna happen—begin before you will be ready.

Dla projektantów i bardziej zainteresowanych fajny wykład Jamesa na 99U.

Amy Cuddy

Psycholog społeczny. Opowiada o swojej pracy naukowej, ale jak się dalej okazuje nie była dobrze zapowiadającym się naukowcem Harvard Business School, w zasadzie po wypadku samochodowym nie wróżono jej nawet ukończenia studiów — bio.

Fake it ‚til you become it.

Jacek Walkiewicz

Z polskiego podwórka psycholog związany z branżą szkoleniową — może momentami nico pretensjonalny, ale warto — bio.

Dla zainteresowanych jeszcze jedno TEDx’owe wystąpienie Jacka.

Nacjo-polo — patriotyzm, a tanie parówki z supermarketu.

Wpis ten powstał na podstawie mojej argumentacji do swojej wypowiedzi na Facebook:

„Disko-polo, typo-polo, kato-polo… nacjo-polo”

z dołączonym linkiem do sklepu internetowego sprzedającego tzw. „odzież patriotyczną”.
Wpis wywołał małe zamieszanie na moim więc postanowiłem wyjaśnić co miałem na myśli – postanowiłem wrzucić go również tutaj, na bloga bo ładnie wpisuje się w jego już nieco zaniedbane credo.

Nie chodzi mi tylko o to jak kto manifestuje swój patriotyzm – pominęliście pozostałą część komentarza (komentujący skupili się wyłącznie na moim rzekomym ataku na patriotyzm lub dumę ze swojego pochodzenia). Chodzi mi raczej o wszędobylską bylejakość, powierzchowność, bezrefleksyjność i odpuszczenie sobie wartości jakościowej. Ale skoro już jesteśmy w temacie dumy w odniesieniu do symboli narodowych to zostańmy przez chwilę. Co z tego, że macha się trzema flagami na jednym czy drugim marszu, skoro po takich marszach miejskie śmietniki są pełne flag. Zauważcie też jak często Polacy piszą po fladze – nie ważne czy Balcerowicz musi odejść, Małysz do boju, czy Wejcherów na spotkaniu z papieżem – dlaczego tylko polskie flagi są pobazgrolone? To samo polszczyzna – wielcy polscy patrioci piszą po murach „śmierć żydĄ”. Całe szczęście, że można kupić koszulkę za 40 zł i nazywać się – jak to określają właściciele sklepu – „urodzonym patriotą”, bo polszczyzny trzeba się uczyć, flagę poskładać, państwo szanować… uf.

Mam wrażenie, że zbyt często patriotyzm, czy może powiedzmy wprost, że polskość jest traktowana jak tanie parówki z supermarketu – jako coś co powinien zjeść każdy bez zastanawiania się co jest w środku – to przecież parówki, czego od nich chcesz, co się czepiasz? Właściwie, to że są tanie w dużej mierze uzasadnia brak przyzwolenia na ich krytykę – w końcu to jedyne parówki jakie mamy. Jest to o tyle niebezpieczne, że robi się z tego wszystkiego wygodny i łatwy w użyciu wytrych do segregowania, a może nawet podporządkowywania sobie ludzi. Potem nie w imię konkretnych wartości, czy korzyści, ale w imię boga, patriotyzmu albo parówek – czyli czysto abstrakcyjnego wszechuzasadniącego konstruktu – ludzie robią strasznie dziwne i niepotrzebne rzeczy.

W skrócie, odnosząc się do muzyki – uważacie, że krytyka diskopolo będzie przejawem antypatii do muzyki w ogóle, czy może wręcz odwrotnie, tj. wyrazem troski o jej jakość?

ZZR Huragan — mój nowy, stary rower

Nadrabiając tematykę wakacyjną, obowiązkowo powinienem wspomnieć, że w lipcu, po prawie trzech latach okazjonalnego majstrowania, tatowy rower ZZR Huragan z lat 60-tych, stanął wreszcie o własnych kołach.

Huragan przed remontem

Początkowo, w palnie była budowa „hipsterskiego” ostrego lub singla, z wykorzystaniem tylko kilku elementów — przede wszystkim ramy leciwego Huragana. Jednakże, po dokładniejszym zapoznaniu się z historią polskich rowerów (w tym z historią Zjednoczonych Zakładów Rowerowych — w skrócie ZZR) i odkryciu, że egzemplarz który posiadam, jest prawie kompletnym przykładem całkiem fajnej wersji Huraganów (aluminiowe obręcze i kierownica, lekka drążona oś supportu), postanowiłem pozostać przy oryginale. Ot żal mi było wrzucać do kosza ten cały uchowany osprzęt, tym bardziej, że wbrew pozorom, nie tak łatwo jest spotkać polskiego klasyka na ulicy.

Huragan po remoncie


Rower wyremontowałem samodzielnie, przez co cały proces był dosyć czasochłonny — ta moja nadmierna drobiazgowość. Wszystkie elementy zostały dokładnie wyczyszczone i ręcznie wypolerowane na mokro, sam nie wiem iloma rodzajami papieru ściernego. Jedynymi zleconymi pracami, było malowanie (wykonane przez firmę Colorex) oraz wyprostowanie obręczy wraz z ich zapleceniem (czego dokonał pan Witold Gątarski z serwisu od spraw niemożliwych przy ul. Halczyna 12 w Krakowie). Konieczne było również zakupienie siodełka — oczywiście oryginalnego odrestaurowanego ZZR od Pravasaris na allegro.

Skoro już wymieniam osoby trzecie chciałbym podziękować panu Witoldowi z serwisu Witold Gątarski, Markowi z Kahaki oraz Henrykowi za ich porady oraz wsparcie merytoryczno-techniczne — dzięki!

Oczywiście satysfakcja z własnej roboty i frajda z jazdy niesamowite!

Zobacz więcej

Ola rysuje — drobne ćwiczenia ilustracyjne

Tym razem temat ciut luźniejszy. Mianowicie, jakiś czas temu popełniłem mały nadzór edukacyjno-artystyczny. Ola jest moją dziewięcioletnią (właściwie to od kilku dni już dziesięcioletnią) kuzynką. Podczas ostatniej wizyty u mnie, postanowiłem zorganizować jej kilka chwil zajęcia niekoniecznie sprowadzającego się do siedzenia przed telewizorem, czy też komputerem. Czasu nie było zbyt wiele, więc po przeglądnięciu moich gryzmołów w szkicowniku, niezwłocznie rozsypaliśmy na biurku kilka garści przyborów i przystąpiliśmy do zamierzonego procederu tj. do bazgrolenia.


Bazgrolimy!

Już kiedyś przepytywany przez Olę, w jaki sposób narysować to i owo, postanowiłem pokazać jej kilka narzędzi, a co za tym idzie śladów, jakie można za ich pomocą uzyskać. Zależało mi również, aby samo rysowanie / ilustrowanie miało kontekst i cel. Zakres tematyczny obraliśmy dosyć ogólny — zwierzak lub inny stwór. W krótkim czasie powstało kilka rysunków, spośród których wybraliśmy jeden i już po krótkiej chwili Ola była szczęśliwą posiadaczką zestawu własnego autorstwa wlepek… znaczy się naklejek — np. do przyozdobienia przydomowej rynny.


Zestaw



Kilka dni temu Ola obchodziła dziesiąte urodziny w związku, z czym sprezentowany jej został mały zestaw ilustratora, złożony z farb, pędzli, cienkopisów, szkicownika i kilku innych drobiazgów, które pomogą jej trwale i skutecznie upaprać sobie trochę ciuszków. Ażeby młodzieży nazbyt nie rozpieścić, dostała również zadanie. Otóż, ma sobie wybrać zwierzaka, następnie zgromadzić na jego temat materiały (zdjęcia, ilustracje, dowiedzieć się gdzie i jak żyje), aby później spróbować go rysować na różne, jakże wymyślne sposoby. Zadanie to było jednym z ćwiczeń, które przerabiałem w pracowni ilustracji — prowadzone przez dr Annę Machwic — które to ćwiczenie uważam za jedno z najciekawszych, i które z resztą bardzo dobrze wspominam.

Jeśli macie jakieś pomysły na zadania dla Oli, piszcie śmiało!
Ewentualne efekty postaram się oczywiście opublikować :)

Zobacz również

800×600 pikseli — czyli mała refleksja nad tym jak się znienia świat

Przekopując ostatnio stare zasoby, zderzyłem się (to chyba dobre określenie) z ciekawym screenshotem, z mojej prywatnej przeszłości. Na zrzucie widoczny jest pełny ekran tj. 800×600 pikseli, włącznie z paskiem systemowym (Win98 SE) oraz włączonym Photoshopem 7 — screenshot pochodzi z ~2002 (czyli dokładnie sprzed 10 lat). Ciekawie się na to patrzy mając na uwadze, że obecnie telefony oferują większe rozdzielczości ekranu.

W gwoli wyjaśnienia dodam tylko, że mój ówczesny monitor (14 cali szklanej bańki z 1996 roku) nie pozwalał na pracę w wyższej rozdzielczości, w jednocześnie rozsądnej palecie 24bit (o ile dobrze pamiętam 16bit było mało do tego obrazka). Nie a co ukrywać, że nawet zabawa w Photoshopie przy takiej rozdzielczości wymagała pewnej deterinacji, nie wspomnę już o tym że komputer dostałał zadyszki, przy nawet najprostrzych operacjach, a na dysku wiecznie brakowało miejsca. Obrazek na skreenshotcie (tu jeszcze nie skończony) rysowałem myszką — o tabletach wiedziałem wtedy jedynie z opowiadań. Trzeba przyznać, że przyrost dostępności sprzętu, który z perspektywy roku 2002 wydaje się hiperprofesjonalny robi wrażenie.

2002 — 800×600 pikseli / 14″


~2002 — 800×600 pikseli

2012 — 1920×1200 pikseli / 22″


2012 — 1920×1200 pikseli

2015 — 2880×1620 pikseli / 15,6″

2015-12-02

Założyłem bloga

Pierwszy wpis jest naprawdę najtrudniejszy, więc w skrócie i trochę technicznie — założyłem bloga.
Prace nad moją stroną a zarazem portfolio wleką się już dobrych kilka lat i pomimo tego, że ostatnio poczyniłem w tej materii postępy to do finalizacji projektu jeszcze sporo brakuje. Co więcej, już od jakiegoś czasu dręczy mnie brak jakiejkolwiek dokumentacji projektów jakie realizuje — na czym z resztą już się przejechałem.

Forma bloga jak na tę chwilę jeszcze niezbyt precyzyjna tak pod względem wizualnym jak merytorycznym. Nad layoutem usiałem kilka chwil modyfikując troszkę domyślny — pewnie jeszcze będzie się zmieniał, choć jego edycja do najwygodniejszych nie należy. Zdecydowanie bardziej chciałbym skupić się na regularnym dostarczaniu nowej treści z czym — znając siebie — mogę mieć problemy (puk, puk, puk w niemalowane).