Jak przestałem kochać design – komentarz do komentarza

Sam nie wiem dlaczego, aż do momentu nadziania się na „Jak przestałem kochać design” Marcina Wichy, nie specjalnie czułem potrzebę komentowania książek, które czytam. W przypadku wyżej wymienionej natomiast, taką potrzebę poczułem, ledwie co napocząwszy książkę – jeszcze w autobusie, w drodze powrotnej z zakupów. Prawdę powiedziawszy zakup książki był przypadkowy. Ot wybrałem się na kiermasz książek do muzeum – spóźniony, jak zresztą zwykle – nie znalazłem niczego ciekawego, a ochota na nowy kurzołap pozostała. Z ratunkiem przyszła muzealna księgarnia, gdzie Wiecha okazał się być jedyną pozycją, która w bliżej nieokreślony sposób mnie zaintrygowała – zabrzmiało jak akt desperacji? To dobrze, to była desperacja. Przekartkowałem biały tomik, jednak z obawy przed patosem i moralizatorstwem odłożyłem z powrotem na półkę. Nie znalazłszy niczego innego wróciłem i nie do końca zadowolony z braku wyboru zatargałem Wichę do kasy.

„Jak przestałem kochać design” jest formą komentarza do zastanego przez autora stanu dizajnerskiej wszechrzeczy pospolitej – w tym okresu transformacji jejże ustroju. Nie jest jednym spójnym tekstem, a raczej zbiorem sytuacji i anegdot, które krążąc jak sępy wokół myśli przewodniej autora, dają jasno do zrozumienia, że coś tu nie do końca ładnie pachnie.

Pomimo mojego wstępnego sceptycyzmu, już pierwsze strony okazały się być zaskakująco dobre. Autor na przekór opisywanej trudnej, osobistej sytuacji związanej z pogrzebem ojca, niezwykle lekko i z humorem zabiera się za obnażanie otaczającej go rzeczywistości. Sposób w jaki wyłuszcza absurdalność sytuacji bez dwóch zdań przywołuje na myśl filmy Barei. Pewnie dlatego z początku książka wydała mi się lekka i przyjemna, z kolejnymi stronami jednak staje się coraz bardziej uszczypliwa. Lekka ironia przechodzi w fazę sarkazmu, aby ostatecznie popaść w cynizm, a momentami może nawet w marazm. Niemniej może być to jedynie moje subiektywne wrażenie. To trochę tak jak ze smakiem taniej oranżady, który z każdym kolejnym łykiem wypiera ze świadomości przyjemne poczucie nostalgii i sentymentu, zastępując je bukietem chemicznych aromatów i emulatorów smaku, które nie pozostawiają złudzeń co do jakości trunku.

Marny lekarz pozostaje lekarzem, przynajmniej dopóki nie straci prawa wykonywania zawodu. Tak samo nauczyciel czy dziennikarz. Nikt nie twierdzi, że artykuły w tabloidach piszą się same. Tymczasem słowo „design” dotyczy wyłącznie produktów wysokiej jakości. Najlepiej od 100 złotych w górę. Reszta, w powszechnym wyobrażeniu, powstała samorodnie. Nikt nie wymyślał kwitów na poczcie. One po prostu są. Nieuchronnie jak pogoda. Niezmiennie jak klimat. A nawet trwalsze od klimatu, pewniejsze od ustroju, starsze od epoki historycznej. — Marcin Wicha

Zastanawiam się nad wyważeniem książki. Autor krytykuje, jednak nie proponuje niczego w zamian – przynajmniej nie wprost. Powoduje to pewien niedosyt – czy to dobrze, czy źle, ciężko powiedzieć. Niezbyt wyraźnie, jednak diagnoza zostaje postawiona, a jest nią… no właśnie: pozorność, ładność, pycha i poklask. Choć „Jak przestałem kochać design” jest opowieścią o kresie miłości – jak twierdzi autor – to na przekór tytułowi nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to krytyka podyktowana miłością i troską o ten nasz polski…

Czy więc warto, tę książkę? Jak cholera. Choć to rodzaj lektury z którą niekoniecznie trzeba się zgodzić w stu procentach, to jednak zdecydowanie otwiera na krytyczne podejście do tego co dumnie dizajnem zwykło się określać i dostrzec jego potrzebę w rzeczach niepozornych i codziennych, życiowych.